Hamulec
Żyjemy w świecie, w którym każde pytanie można zabić odpowiedzią w kilka sekund.
Zaczęło się od znaczków R, choć w zasadzie od kwiatków opisanych przez Mateusza… A właściwie od komentarza pod notką o znaczkach R.
Właśnie! Myśli, snuj się.
Z mkon dywaguję sobie, że dziś trudno skupić się na hobby, na czymkolwiek — nie tylko młodzieży, wszystkim. Zacząłem odpowiadać i urwałem w połowie zdania, bo poczułem, że dotykam czegoś większego, niż myślałem. Że odpowiedź, której szukam, nie leży w algorytmach, nie w mediach społecznościowych, internetowych trollach, nie w skróceniu czasu skupienia do kilku sekund. Leży gdzie indziej. W miejscu, którego się nie spodziewałem.
W niewiedzy.
Czterdzieści lat temu, żeby dowiedzieć się czegokolwiek o niszowym hobby, trzeba było pojechać do biblioteki — nie tej osiedlowej, bo tam nic nie było — tylko do większej, na przykład akademickiej, może do innego miasta, czasem cała wyprawa. Potem napisać listy na adres redakcji, klubu miłośników, lokalnego towarzystwa — każdy, jaki udało się wygrzebać, licząc, że ktoś odpisze, za tydzień lub dwa. I przez cały ten czas — przez te dni, przez miesiące — pytania zostawały otwarte. Siedziały w głowie i same się obracały. Mózg pracował w tle, bez naszego udziału, bez naszej zgody i to była jego najważniejsza funkcja.
Dziś odpowiedź na najbardziej egzotyczne pytanie mam w sekundy. I właśnie tu zaczyna się paradoks, który skłonił mnie do rozważań: powszechna dostępność informacji i wiedzy może być, często jest hamulcem rozwoju. Nie mówię tego przekornie, tylko z niepokojem.
Zanim człowiek sięgnął po encyklopedię, nawet jeżeli miał ją pod ręką, musiał najpierw sam spróbować odpowiedzieć, sformułować pytanie, znaleźć klucz, który pozwoli otworzyć tę encyklopedię na właściwej stronie. Musiał zmierzyć się z pytaniem własnym intelektem, własną wiedzą już posiadaną. Jest takie wyświechtane powiedzenie — dawać wędkę, nie rybę, a to nawet nie była wędka — raczej patyk, sznurek i agrafka.
Dziś ten krok zniknął całkowicie. Konsumujemy gotowe odpowiedzi, zanim zdążymy sformułować własną myśl. Ba, zanim zdążymy naprawdę poczuć pytanie. A pytanie, które nie zdążyło zaboleć, nie zostawia w nas śladu, odpowiedź też umyka. Może dlatego nie lubię notować, notowanie zwalnia umysł z zapamiętywania, notowanie tworzy iluzję, że pamiętam. Brak notatek zmusza do pracy te biliony synaps, niech się do czegoś przydadzą.
Obserwuję to w podejściu nowych pokoleń do uczenia się. Nie chodzi o lenistwo — to byłoby zbyt proste (nieprawdziwe i zbyt krzywdzące). Chodzi o coś większego: o zanik tolerancji na niewiedzę jako stan przejściowy. Współczesna edukacja i kultura informacyjna wytrenowały nas — wszystkich, nie tylko młodych — do traktowania luki w wiedzy jak błędu do natychmiastowej korekty. Nie wiesz? Sprawdź. Natychmiast. Lukę zamknij. Też trochę upraszczam, wcześniej presja też była, jednak jej moc, ciężar „trzeba sprawdzić w literaturze”, do której trudno dotrzeć, to zupełnie co innego niż zapytać „OK Google”... ups, dziś raczej „OK Gemini”.
A przecież luka w wiedzy to nie błąd, to stan naturalny, pierwotna przestrzeń, którą można wypełnić.
Mateusz pisze o człowieku, który wrócił z targu z monsterą, workiem ziemi i perlitem. Był jeszcze szczęśliwy. Myślał, że rośliny to spokojne hobby dla normalnych ludzi. Nie wiedział jeszcze, że za chwilę trafi do społeczności, gdzie dowie się, jak bardzo nie wie, co robi.
Kiedyś droga do ekspertów była długa. I właśnie ta droga budowała przywiązanie do tematu, zanim przyszedł kubeł zimnej wody. Człowiek zdążył się zakochać, zanim dowiedział się, jak mało wie. Dziś kubeł spada w ciągu godziny od pierwszego posta na Reddicie. Nie ma buforu. Nie ma czasu na zakochanie.
I teraz doskonały moment do przyznania się do czegoś, bo inaczej to spisanie myśli byłoby nieuczciwe, tworzę właśnie dowód swojej tezy — przecież tę myśl rozwijam rozmową, tą w komentarzu, potem dialogiem z tymi słowami. Nie badaniami, nie artykułami naukowymi — rozmową, w której idea kształtuje się w akcie pisania. Mój rozmówca dał mi zapalnik, nie odpowiedź. A ja celowo jeszcze nie walidowałem tych tez zewnętrznymi źródłami. Zostawiam ją na potem, teraz obracam ją sam, bo jeśli za wcześnie zamknę pytanie gotową odpowiedzią, stracę coś, co się właśnie wytwarza.
Paradoks jest więc nie tylko intelektualny. Jest też pedagogiczny i kulturowy. Wychowujemy pokolenia, którym odebrano prawo do niewiedzy jako stanu twórczego. Uczymy ich, że nie wiedzieć to problem do rozwiązania, a nie terytorium do eksploracji. Dajemy im narzędzia tak sprawne, że przestają ćwiczyć mięsień, który te narzędzia miały wspomagać. Wyobraźnię. Dociekliwość. Zdolność do obcowania z otwartym pytaniem.
Informacja jest dziś tania i wszechobecna, a myślenie — to stare, powolne, nieefektywne obracanie idei w głowie — jest droższe niż kiedykolwiek. Bo wymaga czegoś, czego system coraz bardziej nie toleruje — odwagi, żeby nawet przez chwilę nie wiedzieć.
***
Kiedy pisałem część powyżej, nie wiedziałem, czy mam rację. Naprawdę. Miałem przeczucie, obserwację, intuicję ukształtowaną przez rozmowę — ale nie miałem ani jednego badania, ani jednej cytowanej pracy, żadnej wiedzy za plecami. Pisałem w próżni (wiadomo — czymś, co wydawało mi się próżnią). I zrobiłem to celowo, z rozmysłem, choć korciło w czasie pisania. Bo gdybym najpierw sprawdził, co mówi nauka, tekst byłby inny. Pewniejszy? Może, ale nie mój.
Sprawdziłem teraz. I tu muszę się zdobyć na inny rodzaj szczerości, który ociera się lekko o próżność — mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone: Nauka przyznała mi rację.
Betsy Sparrow z Columbia University opublikowała w 2011 roku w „Science” badania, które dziś znamy pod nazwą Efektu Google — zjawiska, które psychologowie nazywają też cyfrową amnezją. Wynika z nich, że gdy człowiek wie, iż informacja jest dostępna natychmiast, jego mózg rezygnuje z jej przyswajania. Pamiętamy coraz lepiej, gdzie znaleźć odpowiedź, a coraz gorzej, jak ona brzmi. Wiedza przestaje być naszą własnością — staje się punktem, do którego potrafimy dotrzeć po adresie URL.
To był pierwszy filar mojej intuicji. Potwierdzony.
Drugi — ten o opóźnieniu jako przestrzeni myślenia — ma rodowód jeszcze starszy. Graham Wallas opisał mechanizm inkubacji już w 1926 roku: problem, który nie może być natychmiast rozwiązany, przetwarza się w nas w sposób nieświadomy, i to właśnie ta niewidoczna praca przynosi najgłębsze odpowiedzi. Co więcej — i tu Wallas ostrzegał z niezwykłą przenikliwością, jak na swoje czasy — zbyt wczesne sięganie po gotowe rozwiązanie może zubożyć myślenie, odebrać mu głębię. Inkubacja wymaga czasu i wysiłku. Wymaga wcześniejszego zderzenia z własną niewiedzą.
To był drugi filar. Też potwierdzony.
Trzeci — paradoks iluzji wiedzy — okazał się najostrzejszy. Badania Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego pokazują, że samo wyszukanie informacji w internecie podnosi nasze subiektywne poczucie posiadanej wiedzy. Myślimy, że rozumiemy więcej, bo dotknęliśmy ekranu. Tymczasem mózg w tym czasie pracował mniej, nie więcej — aktywność obszarów kontroli poznawczej podczas wyszukiwania online jest niższa niż podczas wertowania encyklopedii.
Czujemy się mądrzejsi, bo mamy Google. I właśnie dlatego bywamy głupsi.
Jedynym poważnym kontrargumentem, jaki znalazłem, jest pojęcie odciążenia poznawczego — idea, że oddając część pamięci zewnętrznym narzędziom, uwalniamy zasoby mózgu dla wyższych funkcji. To brzmi rozsądnie, ale jest jeden warunek: trzeba wiedzieć, co zrobić z tą odzyskaną przestrzenią, potrafić ją zagospodarować. Jeśli natychmiast wypełniamy ją kolejnym scrollowaniem — zysk jest pozorny. Wyswobodziliśmy mózg po to, żeby go natychmiast zakuć z powrotem.
I teraz — ta próżna część, którą zapowiedziałem.
Nie sprawdziłem tych badań przed napisaniem. Obracałem myśl w głowie przez dłuższy czas, wczoraj nieświadomie, potem rozwijałem ją w rozmowie, zapisałem bez siatki bezpieczeństwa z cudzych przypisów. A potem okazało się, że to, co czułem intuicyjnie, ma twarde oparcie w badaniach, w nauce. W teoriach sprzed stu lat.
Rozumiem, że to drobnostka. Że intuicja nie zawsze trafia. Że potwierdzenie mogło nie nadejść, ale właśnie dlatego to potwierdzenie coś znaczy — bo nie szukałem go z góry, żeby dopasować tezę do cytatu. Myślałem, nie wiedząc. I wyszło. Stara metoda działa.
Przynajmniej tym razem.
Bardzo lubię tę przestrzeń wypełniać posiłkując się kawą… Fotel, muzyka, czasem notes, pióro i obowiązkowo gorąca kawa.

Zjawisko ignorowania przez mózg informacji zanotowanej/zapisanej/dostępnej jest znane kognitywistce już od dawna i było badane w epoce pre-google ;) To właśnie dlatego, jeżeli nie robiłeś notatek z wykładów (o ile bywałeś) na studiach, a tylko pożyczałeś je od sumienniejszej koleżanki, często dostawałeś na egzaminie lepszą ocenę. Mózg jest bardzo ekonomicznym narządem, nie wydatkuje energii tam, gdzie nie musi.
Z podobnej przyczyny mózg popycha nas do szybkiego sprawdzenia informacji za pomocą narzędzi, jakie mamy akurat dostępne. Sprawdzone - zrobione - pozamiatane - można zapomnieć. Tak samo oszukuje nas satysfakcją z pozornego przyswojenia bardzo fragmentarycznej wiedzy. Przysypujemy naszą lukę w wiedzy (jak to określiłeś) strzępami powierzchownych, niezweryfikowanych, często wręcz nieprawdziwych informacji. Mając w zasięgu ręki kolejne, zazwyczaj niepotrzebne (mózg wie, że przelecą, jak wleciały, zanim ty się zdążysz zorientować), nieustannie karmimy naszego mózgu potrzebę stymulacji, nie dając mu czasu na refleksję, czyli przesianie, zweryfikowanie i posortowanie tego, co do niego weszło. I wtedy pufff... nawet i całkiem przydatna wiedza ulatuje zanim zdążymy się zorientować.
Ten facet od monstery pewnie już wielokrotnie widział rolki na temat uprawy roślin w doniczkach i pewnie trafiło do niego już wcześniej tyle przydatnej wiedzy, że nie musiałby teraz jej szukać, ale nic nie zapamiętał, bo jak mógłby, nie dając swojemu mózgowi czasu na przetworzenie informacji.
Nie potrafię zidentyfikować siebie w obrazie pochłaniania i zbierania wiedzy o hobby, bo choć urodziłam się w latach 70tych, to go nigdy nie miałam, nigdy nie poszukiwałam ani nie potrzebowałam. I zawsze ale to zawsze czułam się straszliwie głupia. I taka pewnie byłam. I nadal jestem. Do mądrych intelektualnie raczej nie należę, życiowo już bardziej tak. Nikt mnie nie wprowadził w świat pozyskiwania wiedzy ponad to, co otrzymywałam w szkole. Moi starzy hobby też nie mieli. Więc żyłam życiem zwykłego, przeciętnego dzieciaka. Starając się grać „mądrą”.
Ciekawostka. Do dziś chodzenie do biblioteki kojarzy mi się z paraliżem jaki mnie ogarniał, gdy te szufladki z indeksami książek miały mi pomóc znaleźć właściwie pozycje, ale jakoś nigdy nie rozumiałam o co tu chodzi. Opierałam się więc na poszukiwaniach innych i czerpałam z tego korzyść zdobytej za darmo wiedzy. Dlatego wdzięczna byłam gdy książki zaczęły pokazywać swoje okładki (a przynajmniej biblioteki stawały się bogatsze i miały coraz więcej cudnych egzemplarzy), a ja mogłam przebierać jak w ulęgałkach. I pokochałam czytanie. Z czasem lektury pogłębiałam o klasykę i zachwycam się tym wszystkim do stanu spazmatycznej niemal euforii aż do dziś.
No właśnie. Słowa. Miałam słownik w domu. Słownik wyrazów obcych. Miałam w planie uczyć się pięciu słów dziennie, by być mądrą i toczyć mądre rozmowy. Odpadłam już pierwszego dnia. To był głupi pomysł, który tylko umocnił we mnie poczucie bycia głupią.
Kiedy pojawił się Internet, moja koleżanka z klasy była w grupie pierwszych osób które go doświadczyły. Jej słowa: „to taka nieskończona biblioteka” mnie aż odrzuciły.
Dziś mój umysł to bagno. To małe urządzonko trzymane właśnie w dłoni - to mój killer. Dawkuje mi chaos i zalewa milionem informacji, o które się nie prosiłam. Jest ich za dużo. Uderza we mnie non stop, nieustannie, a ja jestem już wykończona. Mój system nerwowy nie wyrabia. Przebodzcowanie jest koszmarne. Choć i tak mnóstwo treści blokuje, eliminując przeszkadzajki i dystraktory.
A teraz wracamy do myślenia i tego co napisałeś. Być może jesteście w grupie uprzywilejowanych umysłowo osób, które w tej właśnie ciszy odnajdują głębsze struktury własnych myśli, gdzie rzeczy Wam się układają w spójną i harmonijną całość. Ja jestem na to chyba za głupia 😜
Nawet mój komentarz jest bez sensu. Przepraszam. Pewnie go usunę. Dawno tak się nie wstydziłam swoich myśli jak dziś.