Czytając Twój tekst pomyślałam, że być może największą stratą współczesności nie jest wcale nadmiar informacji, ale zanik pewnego rodzaju ciszy. Takiej wewnętrznej przestrzeni, w której pytanie mogło sobie spokojnie dojrzewać, obracać się pod powiekami, zapuszczać korzenie. Dawniej niewiedza była bardziej naturalną częścią życia. Człowiek nosił ją przy sobie jak kieszeń pełną drobnych kamyków - trochę uwierały, trochę uspokajały i przypominały, że świat jest większy od niego. Dziś próbujemy natychmiast zasypać każdą szczelinę. Jakby luka w wiedzy była kłopotem, a nie początkiem myślenia. Bardzo zagrało we mnie to, co napisałeś o zakochiwaniu się w czymś, zanim przyjdzie ekspert i odbierze człowiekowi niewinność pierwszego zachwytu. Myślę, że dotyczy to nie tylko hobby. Może także ludzi, relacji, sztuki, własnego życia. Wszystkiego, co potrzebuje czasu, żeby urosnąć od środka.
Przyszło mi do głowy, że myślenie nie jest wcale produkowaniem odpowiedzi. Może bardziej przypomina fermentację. Coś musi zostać odłożone w ciemniejsze miejsce, trochę samotne, trochę niewygodne. Musi poleżeć poza kontrolą. Wtedy zmienia strukturę. A Internet obiecał nam świat bez czekania. Dlaczego, skoro wiele najważniejszych rzeczy wydarza się właśnie w opóźnieniu? W drodze. W tym dziwnym stanie, kiedy jeszcze nie wiemy, ale już przeczuwamy. Dobrze rozumiem twoją potrzebę niesprawdzania od razu. To nie bunt przeciwko wiedzy. Raczej próba ocalenia bardzo starego ludzkiego doświadczenia: samodzielnego dochodzenia do sensu, zanim odda się go światu do natychmiastowej weryfikacji. A współczesność panicznie boi się próżni. Natychmiast wypełnia ją obrazem, komentarzem, powiadomieniem, odpowiedzią. A przecież właśnie w pustych miejscach rodzi się wyobraźnia. Natura też nie znosi całkowitego wypełnienia. Las potrzebuje polan. Człowiek chyba również.
Nie potrafię zidentyfikować siebie w obrazie pochłaniania i zbierania wiedzy o hobby, bo choć urodziłam się w latach 70tych, to go nigdy nie miałam, nigdy nie poszukiwałam ani nie potrzebowałam. I zawsze ale to zawsze czułam się straszliwie głupia. I taka pewnie byłam. I nadal jestem. Do mądrych intelektualnie raczej nie należę, życiowo już bardziej tak. Nikt mnie nie wprowadził w świat pozyskiwania wiedzy ponad to, co otrzymywałam w szkole. Moi starzy hobby też nie mieli. Więc żyłam życiem zwykłego, przeciętnego dzieciaka. Starając się grać „mądrą”.
Ciekawostka. Do dziś chodzenie do biblioteki kojarzy mi się z paraliżem jaki mnie ogarniał, gdy te szufladki z indeksami książek miały mi pomóc znaleźć właściwie pozycje, ale jakoś nigdy nie rozumiałam o co tu chodzi. Opierałam się więc na poszukiwaniach innych i czerpałam z tego korzyść zdobytej za darmo wiedzy. Dlatego wdzięczna byłam gdy książki zaczęły pokazywać swoje okładki (a przynajmniej biblioteki stawały się bogatsze i miały coraz więcej cudnych egzemplarzy), a ja mogłam przebierać jak w ulęgałkach. I pokochałam czytanie. Z czasem lektury pogłębiałam o klasykę i zachwycam się tym wszystkim do stanu spazmatycznej niemal euforii aż do dziś.
No właśnie. Słowa. Miałam słownik w domu. Słownik wyrazów obcych. Miałam w planie uczyć się pięciu słów dziennie, by być mądrą i toczyć mądre rozmowy. Odpadłam już pierwszego dnia. To był głupi pomysł, który tylko umocnił we mnie poczucie bycia głupią.
Kiedy pojawił się Internet, moja koleżanka z klasy była w grupie pierwszych osób które go doświadczyły. Jej słowa: „to taka nieskończona biblioteka” mnie aż odrzuciły.
Dziś mój umysł to bagno. To małe urządzonko trzymane właśnie w dłoni - to mój killer. Dawkuje mi chaos i zalewa milionem informacji, o które się nie prosiłam. Jest ich za dużo. Uderza we mnie non stop, nieustannie, a ja jestem już wykończona. Mój system nerwowy nie wyrabia. Przebodzcowanie jest koszmarne. Choć i tak mnóstwo treści blokuje, eliminując przeszkadzajki i dystraktory.
A teraz wracamy do myślenia i tego co napisałeś. Być może jesteście w grupie uprzywilejowanych umysłowo osób, które w tej właśnie ciszy odnajdują głębsze struktury własnych myśli, gdzie rzeczy Wam się układają w spójną i harmonijną całość. Ja jestem na to chyba za głupia 😜
Nawet mój komentarz jest bez sensu. Przepraszam. Pewnie go usunę. Dawno tak się nie wstydziłam swoich myśli jak dziś.
Może i głupia, ale za to mądrze gadasz ;) To "odnajdywanie głębsze struktury własnych myśli" tonie to, to nie tak, w tym rzecz! To bardziej samo się tam robi, raczej w tle, ale trzeba dać temu miejsce, choć na chwilę. To jak noc głęboko przespana, po której budzisz się z pomysłem jak rozwiązać problem, wczoraj nierozwiązywalny.
Alicjo! Stanowczo sprzeciwiam się takiemu traktowaniu samej siebie!
Jeśli się jest wrażliwym człowiekiem, a nasza wrażliwość jest ukształtowana podobnie, to i postrzeganie siebie jest dalekie od ideału. I na szczęście nikt ani ode mnie, ani od Ciebie nie wymaga popisów intelektualnych. Ta wrażliwość wystarcza.
A ja sobie głupio myślę: być głupim a czuć się głupim to dwie różne rzeczy.
Ja też się czułam głupia.
Jako nastolatka też sięgnęłam po słownik wyrazów obcych Kopalińskiego i na nim nie poprzestałam. Moje pragnienie "bycia mądrzejszą" przetyrało mnie przez dostępne mi encyklopedie, słowniki i Tatarkiewicze aż doprowadziło do doktoratu.
Wygląda na to, że nie tylko zestawy biblioteczne mieliśmy (jako pokolenia) te same, ale wzorce wychowawcze również. I ostacznie psychoanalityk mógłby nagrać jeden filmik z diagnozą, dla wszystkich 😉
Zjawisko ignorowania przez mózg informacji zanotowanej/zapisanej/dostępnej jest znane kognitywistce już od dawna i było badane w epoce pre-google ;) To właśnie dlatego, jeżeli nie robiłeś notatek z wykładów (o ile bywałeś) na studiach, a tylko pożyczałeś je od sumienniejszej koleżanki, często dostawałeś na egzaminie lepszą ocenę. Mózg jest bardzo ekonomicznym narządem, nie wydatkuje energii tam, gdzie nie musi.
Z podobnej przyczyny mózg popycha nas do szybkiego sprawdzenia informacji za pomocą narzędzi, jakie mamy akurat dostępne. Sprawdzone - zrobione - pozamiatane - można zapomnieć. Tak samo oszukuje nas satysfakcją z pozornego przyswojenia bardzo fragmentarycznej wiedzy. Przysypujemy naszą lukę w wiedzy (jak to określiłeś) strzępami powierzchownych, niezweryfikowanych, często wręcz nieprawdziwych informacji. Mając w zasięgu ręki kolejne, zazwyczaj niepotrzebne (mózg wie, że przelecą, jak wleciały, zanim ty się zdążysz zorientować), nieustannie karmimy naszego mózgu potrzebę stymulacji, nie dając mu czasu na refleksję, czyli przesianie, zweryfikowanie i posortowanie tego, co do niego weszło. I wtedy pufff... nawet i całkiem przydatna wiedza ulatuje zanim zdążymy się zorientować.
Ten facet od monstery pewnie już wielokrotnie widział rolki na temat uprawy roślin w doniczkach i pewnie trafiło do niego już wcześniej tyle przydatnej wiedzy, że nie musiałby teraz jej szukać, ale nic nie zapamiętał, bo jak mógłby, nie dając swojemu mózgowi czasu na przetworzenie informacji.
Mam wrażenie, że ten mechanizm nie jest dostatecznie rozpowszechniony.
Wiemy, że od TikToków 'gnije' nam mózg, że musimy się ruszać, żeby zachować zdrowie i nawet, że alkohol jest zły (co robimy z tą wiedzą, to inna sprawa). Natomiast to co opisałeś, ogłupiająca dostępność informacji, jest dla mnie nowością, niezbyt też intuicyjną, mówiąc szczerze. Skoro możemy rozwiązać każdy problem w sekundę, mieć dowolną wiedzę na zawołanie, to po co ją gromadzić - tak podpowiada 'chłopski rozum', niezawodne narzędzie poznawania wszechświata.
Ale rozważając swoje życie, ortografia jest dla mnie przykładem potwierdzającym tezę. W podstawówce/gimnazjum były dyktanda. Musiałem znać jak napisać 'Grzegrzółka' (za pierwszym razem!), ale nie byłem w tym dobry. Teraz tak bardzo polegam na podkreśleniu błędów, że często słowa pisane na kartce zastępuję synonimami bez ortografii. Nie sądzę, że popełniłbym błąd, ale zawsze czuję tę niepewność, czy słowo jest właściwe? Nawet, jeżeli pisałem je milion razy ('korzystać' jest moim nemesis z jakiegoś powodu).
Czytając Twój tekst pomyślałam, że być może największą stratą współczesności nie jest wcale nadmiar informacji, ale zanik pewnego rodzaju ciszy. Takiej wewnętrznej przestrzeni, w której pytanie mogło sobie spokojnie dojrzewać, obracać się pod powiekami, zapuszczać korzenie. Dawniej niewiedza była bardziej naturalną częścią życia. Człowiek nosił ją przy sobie jak kieszeń pełną drobnych kamyków - trochę uwierały, trochę uspokajały i przypominały, że świat jest większy od niego. Dziś próbujemy natychmiast zasypać każdą szczelinę. Jakby luka w wiedzy była kłopotem, a nie początkiem myślenia. Bardzo zagrało we mnie to, co napisałeś o zakochiwaniu się w czymś, zanim przyjdzie ekspert i odbierze człowiekowi niewinność pierwszego zachwytu. Myślę, że dotyczy to nie tylko hobby. Może także ludzi, relacji, sztuki, własnego życia. Wszystkiego, co potrzebuje czasu, żeby urosnąć od środka.
Przyszło mi do głowy, że myślenie nie jest wcale produkowaniem odpowiedzi. Może bardziej przypomina fermentację. Coś musi zostać odłożone w ciemniejsze miejsce, trochę samotne, trochę niewygodne. Musi poleżeć poza kontrolą. Wtedy zmienia strukturę. A Internet obiecał nam świat bez czekania. Dlaczego, skoro wiele najważniejszych rzeczy wydarza się właśnie w opóźnieniu? W drodze. W tym dziwnym stanie, kiedy jeszcze nie wiemy, ale już przeczuwamy. Dobrze rozumiem twoją potrzebę niesprawdzania od razu. To nie bunt przeciwko wiedzy. Raczej próba ocalenia bardzo starego ludzkiego doświadczenia: samodzielnego dochodzenia do sensu, zanim odda się go światu do natychmiastowej weryfikacji. A współczesność panicznie boi się próżni. Natychmiast wypełnia ją obrazem, komentarzem, powiadomieniem, odpowiedzią. A przecież właśnie w pustych miejscach rodzi się wyobraźnia. Natura też nie znosi całkowitego wypełnienia. Las potrzebuje polan. Człowiek chyba również.
Jest w tym dużo prawdy, idziesz po prostu dalej... Trochę jak z tą nudą. Zero to wcalne nie nic, to tylko inny stan ;)
Nie potrafię zidentyfikować siebie w obrazie pochłaniania i zbierania wiedzy o hobby, bo choć urodziłam się w latach 70tych, to go nigdy nie miałam, nigdy nie poszukiwałam ani nie potrzebowałam. I zawsze ale to zawsze czułam się straszliwie głupia. I taka pewnie byłam. I nadal jestem. Do mądrych intelektualnie raczej nie należę, życiowo już bardziej tak. Nikt mnie nie wprowadził w świat pozyskiwania wiedzy ponad to, co otrzymywałam w szkole. Moi starzy hobby też nie mieli. Więc żyłam życiem zwykłego, przeciętnego dzieciaka. Starając się grać „mądrą”.
Ciekawostka. Do dziś chodzenie do biblioteki kojarzy mi się z paraliżem jaki mnie ogarniał, gdy te szufladki z indeksami książek miały mi pomóc znaleźć właściwie pozycje, ale jakoś nigdy nie rozumiałam o co tu chodzi. Opierałam się więc na poszukiwaniach innych i czerpałam z tego korzyść zdobytej za darmo wiedzy. Dlatego wdzięczna byłam gdy książki zaczęły pokazywać swoje okładki (a przynajmniej biblioteki stawały się bogatsze i miały coraz więcej cudnych egzemplarzy), a ja mogłam przebierać jak w ulęgałkach. I pokochałam czytanie. Z czasem lektury pogłębiałam o klasykę i zachwycam się tym wszystkim do stanu spazmatycznej niemal euforii aż do dziś.
No właśnie. Słowa. Miałam słownik w domu. Słownik wyrazów obcych. Miałam w planie uczyć się pięciu słów dziennie, by być mądrą i toczyć mądre rozmowy. Odpadłam już pierwszego dnia. To był głupi pomysł, który tylko umocnił we mnie poczucie bycia głupią.
Kiedy pojawił się Internet, moja koleżanka z klasy była w grupie pierwszych osób które go doświadczyły. Jej słowa: „to taka nieskończona biblioteka” mnie aż odrzuciły.
Dziś mój umysł to bagno. To małe urządzonko trzymane właśnie w dłoni - to mój killer. Dawkuje mi chaos i zalewa milionem informacji, o które się nie prosiłam. Jest ich za dużo. Uderza we mnie non stop, nieustannie, a ja jestem już wykończona. Mój system nerwowy nie wyrabia. Przebodzcowanie jest koszmarne. Choć i tak mnóstwo treści blokuje, eliminując przeszkadzajki i dystraktory.
A teraz wracamy do myślenia i tego co napisałeś. Być może jesteście w grupie uprzywilejowanych umysłowo osób, które w tej właśnie ciszy odnajdują głębsze struktury własnych myśli, gdzie rzeczy Wam się układają w spójną i harmonijną całość. Ja jestem na to chyba za głupia 😜
Nawet mój komentarz jest bez sensu. Przepraszam. Pewnie go usunę. Dawno tak się nie wstydziłam swoich myśli jak dziś.
Może i głupia, ale za to mądrze gadasz ;) To "odnajdywanie głębsze struktury własnych myśli" tonie to, to nie tak, w tym rzecz! To bardziej samo się tam robi, raczej w tle, ale trzeba dać temu miejsce, choć na chwilę. To jak noc głęboko przespana, po której budzisz się z pomysłem jak rozwiązać problem, wczoraj nierozwiązywalny.
Alicjo! Stanowczo sprzeciwiam się takiemu traktowaniu samej siebie!
Jeśli się jest wrażliwym człowiekiem, a nasza wrażliwość jest ukształtowana podobnie, to i postrzeganie siebie jest dalekie od ideału. I na szczęście nikt ani ode mnie, ani od Ciebie nie wymaga popisów intelektualnych. Ta wrażliwość wystarcza.
Przytulam!
A ja sobie głupio myślę: być głupim a czuć się głupim to dwie różne rzeczy.
Ja też się czułam głupia.
Jako nastolatka też sięgnęłam po słownik wyrazów obcych Kopalińskiego i na nim nie poprzestałam. Moje pragnienie "bycia mądrzejszą" przetyrało mnie przez dostępne mi encyklopedie, słowniki i Tatarkiewicze aż doprowadziło do doktoratu.
Nie pomogło.
Wciąż się czuję głupia.
Wygląda na to, że nie tylko zestawy biblioteczne mieliśmy (jako pokolenia) te same, ale wzorce wychowawcze również. I ostacznie psychoanalityk mógłby nagrać jeden filmik z diagnozą, dla wszystkich 😉
Zjawisko ignorowania przez mózg informacji zanotowanej/zapisanej/dostępnej jest znane kognitywistce już od dawna i było badane w epoce pre-google ;) To właśnie dlatego, jeżeli nie robiłeś notatek z wykładów (o ile bywałeś) na studiach, a tylko pożyczałeś je od sumienniejszej koleżanki, często dostawałeś na egzaminie lepszą ocenę. Mózg jest bardzo ekonomicznym narządem, nie wydatkuje energii tam, gdzie nie musi.
Z podobnej przyczyny mózg popycha nas do szybkiego sprawdzenia informacji za pomocą narzędzi, jakie mamy akurat dostępne. Sprawdzone - zrobione - pozamiatane - można zapomnieć. Tak samo oszukuje nas satysfakcją z pozornego przyswojenia bardzo fragmentarycznej wiedzy. Przysypujemy naszą lukę w wiedzy (jak to określiłeś) strzępami powierzchownych, niezweryfikowanych, często wręcz nieprawdziwych informacji. Mając w zasięgu ręki kolejne, zazwyczaj niepotrzebne (mózg wie, że przelecą, jak wleciały, zanim ty się zdążysz zorientować), nieustannie karmimy naszego mózgu potrzebę stymulacji, nie dając mu czasu na refleksję, czyli przesianie, zweryfikowanie i posortowanie tego, co do niego weszło. I wtedy pufff... nawet i całkiem przydatna wiedza ulatuje zanim zdążymy się zorientować.
Ten facet od monstery pewnie już wielokrotnie widział rolki na temat uprawy roślin w doniczkach i pewnie trafiło do niego już wcześniej tyle przydatnej wiedzy, że nie musiałby teraz jej szukać, ale nic nie zapamiętał, bo jak mógłby, nie dając swojemu mózgowi czasu na przetworzenie informacji.
Mam wrażenie, że ten mechanizm nie jest dostatecznie rozpowszechniony.
Wiemy, że od TikToków 'gnije' nam mózg, że musimy się ruszać, żeby zachować zdrowie i nawet, że alkohol jest zły (co robimy z tą wiedzą, to inna sprawa). Natomiast to co opisałeś, ogłupiająca dostępność informacji, jest dla mnie nowością, niezbyt też intuicyjną, mówiąc szczerze. Skoro możemy rozwiązać każdy problem w sekundę, mieć dowolną wiedzę na zawołanie, to po co ją gromadzić - tak podpowiada 'chłopski rozum', niezawodne narzędzie poznawania wszechświata.
Ale rozważając swoje życie, ortografia jest dla mnie przykładem potwierdzającym tezę. W podstawówce/gimnazjum były dyktanda. Musiałem znać jak napisać 'Grzegrzółka' (za pierwszym razem!), ale nie byłem w tym dobry. Teraz tak bardzo polegam na podkreśleniu błędów, że często słowa pisane na kartce zastępuję synonimami bez ortografii. Nie sądzę, że popełniłbym błąd, ale zawsze czuję tę niepewność, czy słowo jest właściwe? Nawet, jeżeli pisałem je milion razy ('korzystać' jest moim nemesis z jakiegoś powodu).