Marka osobista
Technologię antropomorfizujemy, a ludzi dehumanizujemy
Jestem gotów uznać, że porównanie rzeczy czasem daje przestrzeń do zrozumienia jakiegoś sensu — ba, nawet lubię taki zabieg retoryczny. Ale przypisywanie ludziom cech przedmiotów — fizycznych, funkcjonalnych, matematycznych — drażni mnie bardzo. Odrzuca. Buduje sprzeciw, a nawet przekorę.
Statystyczny człowiek nie istnieje
To zawsze ten słynny człowiek z psem — statystycznie z trzema nogami. Grupom przedmiotów da się przypisać cechy wspólne, uśrednić, wykazać zależność. Ludziom nie. Takie przypisanie bywa operacyjnie użyteczne, ale egzystencjalnie fałszywe albo wręcz niebezpieczne. Jeszcze pół biedy, gdy zestawiamy cechy zewnętrzne, ale i one prowadzą często do katastrofy. Ludzie mają dwie ręce, dwie nogi, głowę i oczy. To wszystko wydaje się oczywiste, póki nie trafimy na podjazd dla wózka inwalidzkiego albo na ułatwienia dla osób niewidomych — cała oczywistość bierze w łeb. Niewidomy nie widzi ani trochę lepiej dlatego, że statystycznie wychodzi, iż w jakimś procencie jednak widzi. Gorzki dowcip? Czemu więc o gorzkim nie słychać za bardzo, gdy zestawiamy cechy niefizyczne: dobrzy, źli, inteligentni, głupi, zdrowi psychicznie, chorzy.
Tworzymy kohorty stanów ludzkich — niby dla uczciwości, niby dla unikania błędów statystycznych. Kategoryzujemy i operujemy w tych grupach, a potem okazuje się, że to przede wszystkim wygodne narzędzie kontroli i zysku. Skrót. Szablon. Liczba. Człowiek do obsługi.
O ile większość oburza się, słysząc stereotypy, o tyle stereotyp formalny — statystyczny — staje się dowodem prawdziwości ogólnej.
Humanizm?
Pamiętam dobrze lata osiemdziesiąte, brak wyboru, standaryzację wymuszoną brakiem. Wtedy każdy posiadacz dóbr nieosiągalnych — zachodnich dżinsów, dobrego sprzętu hi-fi, samochodu z prawdziwego zdarzenia — antropomorfizował je z rozmysłem. Rzeczy miały charakter, osobowość, niemal biografię. Bo to podnosiło ich status. Bo człowiek, który posiada rzecz wyjątkową, sam staje się wyjątkowy.
Dziś mamy antropomorfizację AI. Mówimy, że „rozumie”, „uczy się”, „jest kreatywna”. I jednocześnie — bez żenady, często z entuzjazmem — przykładamy do człowieka miary rzeczy. Segment. Profil. Norma. Definicja. Algorytmiczna obróbka człowieka pod świętą nazwą porządku.
I bardzo słabo słychać sprzeciw wobec tej przewrotności.
Personal brand
Najbardziej boli mnie to w kontekście, który ostatnio stał się niemal osobnym gatunkiem coachingowym: budowanie marki osobistej osób 40+, 50+, czyli silversów. Warsztaty, podcasty, posty na LinkedIn epatują dobrą energią. „Czas na ciebie!” „Twoje doświadczenie to twój kapitał!” „Zdefiniuj swoją wartość!”
Już samo wyrażenie „marka osobista” to dla mnie oksymoron. Marka to obietnica powtarzalności. Człowiek to obietnica zmiany, sprzeczności, zaskoczenia. Marka upraszcza — to jej zadanie. Człowiek jest złożony — to jego istota. Jest w tym coś jeszcze, coś, o czym budowniczowie marek osobistych raczej nie mówią głośno — może dlatego, że sami tego nie widzą. Dobra marka osobista to nie jest ta, która jest prawdziwa. To ta, która statystycznie sprawdza się dobrze. Która konwertuje. Która ma zasięg. Która trafia do właściwej grupy odbiorców we właściwym przedziale wiekowym z właściwym komunikatem.
Ktoś powie: „marka osobista” to tylko kalka z angielskiego „personal brand” — i tym samym trafia jeszcze boleśniej. Bo intuicja mnie nie zawodzi: brand to nic więcej niż naznaczanie ogniem. Cechowanie bydła rozżarzonym stemplem.
Nieświadomy cynizm? Być może, ale cynizm zawarty w samej strukturze myślenia, a nie w złej woli konkretnych ludzi. Sprzedają ci indywidualizm, który jest produktem statystyki. Mówią: bądź sobą. Mają na myśli: bądź wersją siebie, która dobrze się skaluje, sprzedaje, daje ubrać w mierzalne symbole.
Realizacja norm jako dowód indywidualizmu. Certyfikowana normalizacja jako miara sukcesu. Kiedyś używałem — być może wyrachowanego, ale uczciwego — „monetyzacja doświadczenia”. Dziś przy marce osobistej to drobnostka.
Pytanie tylko, czy to jeszcze zabawne.
Możesz wesprzeć mnie, moje pisanie, nie moją markę osobistą. Jeżeli natomiast idzie o branding, to najbardziej lubię kawę średnio paloną:


To od razu kliknęło mi w głowie przycisk z Gombrowiczem:
„Starajcie się przezwyciężyć formę, wyzwolić się z formy. Przestańcie utożsamiać się z tym, co was określa. Próbujcie uchylić się wszelkiemu swemu wyrazowi. Nie ufajcie własnym słowom. Miejcie się na straży przed wiarą waszą i nie dowierzajcie uczuciom. Wycofajcie się z tego, czym jesteście na zewnątrz, i niech lęk was ogarnie przed wszelkim uzewnętrznieniem, tak właśnie, jak ptaszka drżenie ogarnia wobec węża. Albowiem jest błędny postulat, jakoby człowiek miał być określony, to znaczy niewzruszony w swoich ideach, kategoryczny w swoich deklaracjach, niewątpliwy w swej ideologii, stanowczy w swych gustach, odpowiedzialny za słowa i czyny, ustalony raz na zawsze w całym swoim sposobie bycia. Rozpatrzcie bliżej chimeryczność tego postulatu. Żywiołem naszym jest wieczysta niedojrzałość. Co dzisiaj myślimy, czujemy, będzie nieuniknienie głupstwem dla prawnuków. Lepiej tedy, abyśmy już dzisiaj uznali w tym porcję głupstwa, którą przyniesie czas… i ta siła, która was zmusza do przedwczesnej definicji, nie jest, jak sądzicie, siłą całkowicie ludzką. Niezadługo zdamy sobie sprawę, że już nie to jest najważniejsze: umierać za idee, style, tezy, hasła, wiary; i nie to także: utwierdzać się w nich i zamykać; ale co innego, ale to: wycofać się o krok i zdobyć dystans do wszystkiego, co nieustannie wydarza się z nami”.
(Ferdydurke, ofc)
Dodając niejako do krótkiego zdania. Mam ostatnio wrażenie że cały świat mnie, nas w chuja robi.
Praktycznie na każdym poziomie.
Marki osobiste, książki rozwojowe well biiiingi. To jak hodowla kurczaka już nawet nie klatkowego tylko pudełkowego bo out of the box to krytyka i się nie rozwijasz chłopie. Regularnie na słupach mam okazję patrzec nekrologi - większość dożywa 65-70 lat jak idealni konsumenci chuj wie czego.