Nie tędy droga
Od zawsze miałem wrażenie, że z zasobami, ekologią czy liczbą ludzi na świecie dzieje się coś dziwnego, ale teraz stwierdziłem, że sobie zanotuję. Nie jest to nawet teza, na razie szkic do niej.
Najpierw ogłasza się kryzys, potem buduje wokół niego moralną zasłonę, a na końcu okazuje się, że ktoś po prostu chce mieć większy wpływ na to, kto zapłaci, kto się ograniczy i kto ma siedzieć cicho. Planetę trzeba ratować! …ale najlepiej przy okazji ratując czyjś model biznesowy. Cóż, zbieg okoliczności bywa bardzo dochodowy.
Cała opowieść o „kończących się zasobach” ma w sobie sporo teatralności. Ziemia od dawna nie jest pierwszą rzeczą, która miałaby się rozpaść pod ciężarem ludzkich ambicji, a jednak co chwilę słyszymy, że tym razem już naprawdę, tym razem ostatecznie, tym razem bez odwrotu. I jak zwykle, gdy opadnie kurz, okazuje się, że zasób się nie skończył — tylko zmienił cenę, technologię albo właściciela.
Podobnie jest z przeludnieniem, bo ostatecznie to też forma zasobu. To wygodny straszak — pozwala mówić o ludziach jak o problemie technicznym, a nie o systemie, który ludzi wykorzystuje. Łatwiej przecież bezpiecznie stwierdzić, że „jest nas za dużo”, niż przyznać, że nie znamy realnej perspektywy. Człowiek od razu robi się mniej niewygodny, kiedy przerzuci się winę z mechanizmu na liczbę urodzeń.
Zresztą ten schemat zna każdy, kto choć raz obserwował publiczną troskę o naturę. Dziś zamyka się silniki spalinowe w muzeum w imię czystego powietrza, jutro będzie się z zapałem opisywać, a nawet już się opisuje problem baterii i całej tej nowej świętości na kołach. Technologia się zmienia, a rytuał zostaje ten sam: najpierw uznajemy coś za zbawienie, potem za kłopot, a na końcu za pretekst do kolejnej regulacji. I wszystko oczywiście „dla dobra wspólnego”, a to brzmi najlepiej wtedy, gdy ktoś już policzył swój zysk.
Tyle że świat nie stoi w miejscu. Przez miliony lat drzewa zamieniały się w węgiel, potem człowiek nauczył się łupać kamień, przez tysiące lat przechodziliśmy od kamienia do epoki żelaza, jakby historia miała naturę spaceru. A potem nagle wszystko przyspieszyło: od maszyny parowej do komputera, od komputera do sztucznej inteligencji — w skali dziejów mgnienie oka. I właśnie w tym przyspieszeniu tkwi cały problem, bo świat ostatnio zmienia się szybciej niż nasze moralne opowieści o tym, że „już dłużej się nie da”.
Z jednej strony słyszymy więc, że zasoby się kończą, z drugiej — że technologia ma nas uratować. I jedno, i drugie bywa prawdą, tylko zwykle w rękach tych samych ludzi brzmi jak wygodne uzasadnienie dla tego, co akurat bardziej opłaca się sprzedać. Jeśli trzeba straszyć, to straszymy końcem. Jeśli trzeba sprzedawać nowy porządek, to sprzedajemy go jako ratunek. Jeśli po drodze da się jeszcze ustawić przepływ pieniędzy i wpływów, tym lepiej. Tyle że to nie jest żadna wielka troska o przyszłość, a handel przyszłością.
Nie chodzi więc o to, że problemów nie ma. Są, tylko zwykle nie tam, gdzie ich szukają kaznodzieje od końców świata. Prawdziwa troska nie polega na nakręcaniu zbiorowej paniki, tylko na budowaniu systemów, choćby takich, w których odpad jest surowcem, a nie końcem historii — to po prostu rozsądek… Tyle że mało efektowny i trudno na nim zrobić polityczny spektakl.
Zanotowane, opublikowane, w tym miejscu pewnie nawet przeczytane… Pora na kawę. Stawiasz kawę?

inzynieria społeczna. Raport rzymski przywołać choćby. Niby niezależny, stworzony przez ekspertów.
Właśnie. Trudno dziś odnaleźć środek w opiniach ekspertów, często mocno zależnych, bądź intencjonalnie i wybiórczo cytowanych.
Przeludnienie potrafi być bardzo uciążliwe w wymiarze lokalnym. Overtourism, którego doświadczamy w mojej miejscowości i regionie daje odczuć jak wzrasta zużycie wszelkich zasobów i są to zmiany rok do roku a nie w jakichś dłuższych cyklach historycznych. Rozrośnięta ponad miarę baza hotelowa stała się fabryką śmieci i ścieków na niespotykaną dotąd skalę. Nie potrzeba danych statystycznych, te zmiany widać gołym okiem. Np. tonaż odpadów w pewnym popularnym schronisku urósł z tony miesięcznie do dwóch ton przez weekend. W skali globalnej jest podobnie. Widziałem kiedyś wyniki badań opisujące zależność spadku dzietności w miarę bogacenia się mieszkańców najuboższych a zarazem najludniejszych krajów i o ile krzywa dzietności, jak można było przewidzieć, sukcesywnie opadała, tak krzywa zużycia zasobów (energii, paliw, wody, surowców) wystrzeliła świecą w górę. Inną kwestią jest wytransferowywanie kapitału od obywateli do korporacji. Niestety, najłatwiej zrobić to w sferze wydatków na szeroko pojętą obronność, bo wtedy odbywa się to poza jakąkolwiek kontrolą społeczną, a próby monitorowania są odbierane jako brak patriotyzmu. Jak zwykle poruszyłeś ważne kwestie i jak zwykle w tak kompletnej i wyczerpującej formie, że udało mi się upchnąć tylko taki, ot, komentarzyk.